wróć do bloga

Ekonomiści krytyczni dążą do poznania mechanizmów, które stoją za funkcjonowaniem gospodarki kapitalistycznej nie tylko po to, żeby ją lepiej zrozumieć. Chcą je poznać by je zmieniać i stworzyć nowe, lepsze ramy funkcjonowania społeczeństwa.

Kryzys finansowy z 2008 roku oraz jego nadal odczuwalne skutki obnażyły największe słabości ekonomistów akademickich. Większość z nich stała się więźniami własnych dogmatów myślowych. Zamknięci w zaawansowanych modelach matematycznych, używający hermetycznego języka oraz bezgranicznie wierzący w uniwersalne prawa rządzące światem, ekonomiści uodpornili się na krytykę i zgubili zdolność do autorefleksji. Inercja ekonomicznej ortodoksji nie przeszła oczywiście bez echa

 

Martin Wolf, główny komentator ekonomiczny The Financial Times, w artykule o wymownym tytule „Ekonomia zawiodła nas już przed globalnym kryzysem finansowym” postuluje jej zasadniczą reformę, krytycznie odnosząc się do panującego wśród ekonomistów intelektualnego marazmu. Porównuje ją do medycyny, która jest dyscypliną praktyczną, więc jej celem jest uczynienie świata lepszym miejscem. Tymczasem ekonomia ma z tym poważny problem. W 2016 roku noblista Paul Romer stwierdził, że trzy ostatnie dekady były okresem uwstecznienia się makroekonomii, która obecnie ucieka od analizowania i rozwiązywania realnych problemów.

 

Nic więc dziwnego, że równolegle myślący krytycznie ekonomiści zaczęli się oddolnie organizować. Na popularności zyskała opozycyjna do głównego nurtu ekonomia heterodoksyjna, która stanowczo odrzuca podstawy metodologiczne dominującej na uniwersytetach syntezy neoklasycznej i proponuje kilka zupełnie nowych podejść badawczych. Ekonomiści heterodoksyjni skupili się w większym stopniu na kategoriach pozaekonomicznych takich jak instytucje, środowisko czy płeć, a badania prowadzą z uwzględnieniem czynnika niepewności oraz ewolucyjnego charakteru zjawisk gospodarczych. W ekonomii dokonuje się powoli przewrót kopernikański. Inicjatywy takie jak globalny ruch Rethinking Economics czy studenckie stowarzyszenie Oikos krytykują brak pluralizmu w świecie akademickim i domagają się  zmian w uniwersyteckich programach nauczania.

 

Diagnoza złego stanu ekonomii jest niewątpliwie trafna. Dobitnym tego przykładem jest bierność ekonomistów akademickich wobec potrzeby uwzględnienia w modelowych analizach gospodarki długu oraz pieniądza, czego bezpośrednią konsekwencją była niezdolność do przewidzenia nadciągającego kryzysu finansowego. Wynikający ze środowiskowego konformizmu opór wobec alternatywnych teorii doprowadził do strat społecznych, które możemy liczyć w bilionach dolarów. Przykłady tego typu zaniedbań można mnożyć. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy zupełnie przekreślać cały dorobek ekonomii akademickiej. Holistyczne programy badawcze wykraczają poza sztywne ramy różnych nurtów myślowych. Łączą różne tradycje badawcze oraz podejścia metodologiczne i zrywają z binarnym podziałem na ortodoksję i heterodoksję. Wynika stąd wyraźna potrzeba stworzenia bardziej jasnego, komplementarnego podziału, który dostarczy nam alternatywnego aparatu pojęciowego, odnoszącego się w większym stopniu do wartości.

 

To, co najczęściej dzieli ekonomistów, to stosunek do zastanej rzeczywistości. Jedni są wobec niej sceptyczni, a inni uważają, że stanowi ona funkcjonalną wypadkową splotu różnych czynników i powinna zostać uznana za daną.

 

Powyższe rozróżnienie dzieli programy badawcze na krytyczne oraz funkcjonalistyczne. To podział znany w innych naukach społecznych, który przy okazji dobrze oddaje istotę kryzysu współczesnej ekonomii akademickiej. Nie sprowadza on konfliktu do walki między popularnym centrum i peryferiami programów badawczych, a w większym stopniu kładzie nacisk na przedmiot oraz cel prowadzonych badań.

 

I tak oto ekonomiści krytyczni dążą do poznania mechanizmów stojących za funkcjonowaniem gospodarki kapitalistycznej nie tylko po to, żeby ją lepiej zrozumieć. Chcą je poznać by je zmieniać i stworzyć nowe, lepsze ramy funkcjonowania społeczeństwa. W przeciwieństwie do reakcyjnych badaczy uznają, że obecny system wymaga od nas nieustannego dopominania się o swoje, czego przejawem ma być jego zaciekła krytyka.

 

* * *

 

W tej serii artykułów przedstawiam pokrótce kilka programów badawczych, które uważam za krytyczne. Niektórym z nich bliżej do głównego nurtu, a innym do ekonomicznej heterodoksji. Łączy je jedno – naukowy sprzeciw wobec niedoskonałości obecnego świata. Każdy z nich opisałem poprzez streszczenie jednego artykułu, który dobrze oddaje jego istotę. Dodatkowo, pod opisem każdej publikacji zamieściłem krótką listę innych, polecanych przeze mnie artykułów, które mieszczą się w ramach opisywanego nurtu.

 

Zdaję sobie sprawę z powierzchowności tego typu opracowania. Uważam jednak, że stanowi ono wartościowy wkład do szerszej dyskusji na temat ekonomii akademickiej, a przy okazji ma charakter przeglądowy i może zainspiruje czytelników do zainteresowania się którymś z przedstawionych poniżej programów.

 

(1) Ekonomia opodatkowania międzynarodowego

 

Thomas Tørsløv, Ludvig Wier, Gabriel Zucman, 2018, “The Missing Profits of Nations”, NBER Working Paper.

 

„Podatki. Podatki. Podatki. Wszystko inne to brednie” stwierdził kąśliwie holenderski historyk Rutger Bregman podczas panelu dyskusyjnego na ostatnim Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. W swoim przemówieniu odnosił się on do gigantycznego problemu unikania opodatkowania, który przez ostatnie dekady urósł do niespotykanych dotychczas rozmiarów. W sukurs coraz częściej bezradnym wobec tego zjawiska organom podatkowym przychodzi ekonomia opodatkowania międzynarodowego.

 

Przez ostatnią dekadę pojawiło się wiele szczegółowych analiz, próbujących uchwycić oraz wytłumaczyć mechanizm uchylania się od płacenia podatków. Praca trzech ekonomistów – Thomasa Tørsløva, Ludviga Wiera i Gabriela Zucmana – jest pod tym względem przełomowa. Do badania rajów podatkowych wykorzystują oni nowe dane, które pochodzą z oddziałów międzynarodowych korporacji i podkreślają, że współcześnie głównym narzędziem transferu zysków są aktywa niematerialne (licencje, patenty), a podatków unikają przeważnie wielkie spółki technologiczne takie jak Alphabet (Google), Facebook czy Apple. To rzuca nowe światło na charakter oraz skalę badanego zjawiska.

 

W latach 1985-2018 średnia stawka podatku CIT na świecie spadła o ponad połowę (z 49% do 24%). Wielu ekonomistów winy szukało w globalizacji, która zmusza kraje do konkurowania o międzynarodowe przepływy kapitału (inwestycji w kapitał rzeczowy). Wier, Tørsløv oraz Zucman twierdzą jednak, że teza ta nie ma umocowania empirycznego. W XXI wieku w bilansach rachunkowych najbardziej dochodowych spółek znajdują się głównie aktywa niematerialne – takie jak prawa autorskie, licencje czy znaki towarowe. To bezpośrednio z ich sprzedaży czerpią one zyski. Oznacza to, że nie posiadają materialnych środków produkcji, które mogłyby stanowić przedmiot konkurencji podatkowej. Facebook nie przeniesie swoich zakładów przemysłowych do kraju, gdzie zapłaci niższe podatki, ponieważ zwyczajnie ich nie posiada. Za to bardzo łatwo może tam przenieść aktywa niematerialne. Wystarczy, że zarejestruje prawo do własnej marki na jedną ze swoich międzynarodowych filii, która podlega innej jurysdykcji prawnej.

 

Wielu ekonomistów winy szukało w globalizacji, która zmusza kraje do konkurowania o międzynarodowe przepływy kapitału (inwestycji w kapitał rzeczowy)  (…) Facebook nie przeniesie swoich zakładów przemysłowych do kraju, gdzie zapłaci niższe podatki, ponieważ zwyczajnie ich nie posiada.

 

Obniżki podatków nie są w takim razie efektem konkurencji, a raczej bezradności organów podatkowych, które ustępują pola wielkim spółkom technologicznym i ich armiom prawników. W 2016 roku Alphabet wykazał przychód na poziomie 19,2 miliarda dolarów na Bermudach, czyli w małym kraju wyspiarskim, w którym nie istnieje nic na kształt amerykańskiej Doliny Krzemowej z rozwiniętym zapleczem badawczo-rozwojowym i tysiącem start-upów technologicznych. Dlaczego w takim razie to właśnie tam wiele spółek technologicznych rejestruje swoją działalność gospodarczą? Przyczyna jest prosta. Stawka podatku CIT na Bermudach wynosi 0%.

 

Mechanizm transferu zysków oparty o aktywa niematerialne rozrósł się do gigantycznych rozmiarów. Według szacunków autorów artykułu w 2015 roku około 40% zysków korporacji transnarodowych przeniesione zostało do rajów podatkowych. Oznacza to, że prawie 10% globalnego PKB nie podlega żadnej formie opodatkowania. To przywilej, który wypracowało sobie najbogatszych kilka procent populacji krajów rozwiniętych – głównie Stanów Zjednoczonych.

 

Tak więc wygranymi tutaj są władze rajów podatkowych i akcjonariusze amerykańskich korporacji, a najwięcej na całym procederze tracą kraje członkowskie Unii Europejskiej. Raje podatkowe pozbawiają UE równowartości jednej piątej obecnych wpływów z podatku CIT. To około 60 miliardów euro rocznie. W samej Wielkiej Brytanii rachunek opiewa na kwotę 12,7 mld euro. To więcej niż dwuletni koszt programu 500+. Na całym procederze cierpią przede wszystkim zwykli obywatele. Większość z nich uczciwie pracuje i płaci podatki, a w zamian dostaje podupadające instytucje państwa opiekuńczego. Równolegle wielkie spółki technologiczne gromadzą olbrzymie nadwyżki gotówki na swoich kontach bankowych. Na domiar złego zjawisko transferu zysków nasila się, a poszkodowane kraje wykazują znaczącą bierność w tej sprawie. „Wyścig na dno” (race to the bottom), w którym uczestniczy większość państw UE, doprowadzić ma do tego, że w 2052 roku stawka podatku CIT w większości z nich wyniesie 0%.

 

Znamienne jest również to, że najwięcej zysku w Europie przenoszone jest współcześnie do Irlandii, czyli do kraju należącego do Unii Europejskiej, który podlega prawom wspólnoty. To pokazuje, że rozwiązywanie problemów poszkodowani muszą zacząć od dyscyplinowania samych siebie. Działania Komisji Europejskiej, która w 2018 roku zmusiła Apple do zapłacenia Irlandii 14 mld zaległych podatków, są tego dobrym przykładem. Biorąc jednak pod uwagę skalę zjawiska, to póki co zdecydowanie za mało. Poprawa sytuacji wymaga zdecydowanych kroków.  W 2017 roku Australijski Departament Skarbu zaproponował stworzenie listy beneficjentów rajów podatkowych. Oznacza to na przykład wyraźne wskazanie wszystkich akcjonariuszy, którzy czerpią zyski z dywidend wypłacanych przez unikające opodatkowania spółki. Podobno nic tak dobrze nie buduje poczucia odpowiedzialności za własne czyny jak ostracyzm społeczny. Niestety propozycja Australijczyków okazała się dla globalnych elit politycznych zbyt radykalna, ponieważ do tej pory jeszcze nikt nie wprowadził jej w życie.

 

Inne polecane przez autora publikacje:

 

 

(2) Ekonomia nierówności

 

Filip Novokmet, Paweł Bukowski, 2017, “Inequality in Poland: Estimating the whole distribution by g-percentile, 1983-2015”, WID.world working papers series.

 

Biedni biednieją, a bogaci się bogacą. Ci pierwsi coraz częściej się buntują, tym drugim jest to w zasadzie na rękę. Rosnące nierówności to zjawisko szczególnie widoczne w wielu krajach rozwiniętych, których systemy gospodarcze zakwalifikować możemy do bardziej liberalnych form kapitalizmu. Przy okazji są one również coraz częściej eksplorowane przez ekonomię akademicką. Powszechnie przyjęło się, że rozwarstwienie społeczne wpisane jest w logikę kapitalizmu, więc musi wszystkim sprzyjać. Bogatym pozwala oszczędzać i inwestować, a biednych motywuje do pracy. Niewielu polskich badaczy zajęło się do tej pory tą tematyką.

 

Tym samym nierówności uznawane były za mało istotnym elementem naszego krajobrazu gospodarczego. Polski ekonomista Paweł Bukowski z London School of Economics oraz Chorwat Filip Novokmet z Paris School of Economics postanowili je nareszcie gruntownie zbadać. Co prawda nie byli pierwsi, ale pioniersko zastosowali nową metodologię, która badania ankietowe poszerza o analizę zeznań podatkowych osób najbogatszych i rachunki narodowe (dane o produkcie narodowym). Dzięki temu mogli lepiej oszacować dochody wśród górnych decyli rozkładu i ukazać bliższy rzeczywistości obraz polskich nierówności.

 

Od upadku tzw. „komunizmu” w Polsce nastąpił zauważalny wzrost poziomu życia. Okazuje się jednak, że dotyczył on w różnym stopniu różnych grup społecznych. W latach 1989-2015 udział 10% najbogatszych Polaków w dochodzie narodowym wzrósł z 23% do 40%, a najbogatszego 1% z poziomu 4% do 14%. Jak dowodzą autorzy, głównymi beneficjentami często podnoszonego sukcesu polskiej transformacji były osoby zamożne.

 

Całkowity dochód wytworzony przez polskie społeczeństwo od 1989 roku przypadł prawie w dwukrotnie większej części najbogatszym 10% społeczeństwa niż gorzej uposażonym 50%. Na domiar złego, ogólny poziom nierówności rósł nieprzerwanie do 2015 roku.

 

Mierzony współczynnikiem Giniego wynosił 0,27 w 1989 roku, a w 2015 roku już 0,45. Poziom ten plasował Polskę w grupie najbardziej rozwarstwionych krajów europejskich. Co prawda, daleko nam było do bijącej rekordy Rosji, ale za to dawno przegoniliśmy Francuzów, nie mówiąc o mieszkańcach krajów skandynawskich.

 

Tym, co uchroniło nas przed zbliżeniem się do naszych sąsiadów ze wschodu, były sprawnie funkcjonujące instytucje, które realizowały określone polityki społeczne mające korzenie w poprzednim systemie – mimo totalnej transformacji gospodarczej, ich misja była kontynuowana. Autorzy niestety nie podają przykładów konkretnych działań oraz nie szacują ich wpływu na poziom nierówności. Pokazują jednak, że polska transformacja ustrojowa posiada również swoją ciemną stronę. Sugerują też, że dalszy wzrost rozwarstwienia może nam w przyszłości poważnie zaszkodzić, więc konieczne są działania zaradcze.

 

Trzeba monitorować nierówności i starać się je ograniczać, bo obawiamy się, że mogą stworzyć społeczeństwo, w którym ważniejsze jest urodzenie, a nie talent czy wysiłek. Nie ma jednej recepty, ale jest wiele leków, za pomocą których możemy minimalizować efekty rozwarstwienia, nie niszcząc motywacji jednostek do innowacji”, postuluje w jednym z wywiadów Paweł Bukowski. Zdaniem ekonomisty w Polsce istnieje szczególne ryzyko dalszego wzrostu nierówności, ponieważ nasz system podatkowy temu sprzyja. Jest on regresywny. Oznacza to, że większą część dochodu oddają do budżetu państwa osoby najuboższe. Należący do najbogatszego 1% menedżer z warszawskiej korporacji płaci proporcjonalnie niższe podatki niż mieszczący się w dolnych 50% pracownik poznańskiego magazynu Amazona. Warto jednak pamiętać, że to tylko jedna strona medalu, a horyzont czasowy badania Bukowskiego i Novokmeta sięga jedynie 2015 roku. W 2018 roku pojawiły się liczne sygnały, że występująca w Polsce dobra koniunktura połączona ze wzrostem transferów społecznych zredukowała nierówności. Takie wnioski można wyciągnąć z badań budżetów gospodarstw domowych GUSu. Problem polega jednak na tym, że GUS czerpie swoje wyliczenia z badań ankietowych, a to wiąże się ze znaczącym ryzykiem niedoszacowania dochodów osób najbogatszych. Jednak w najnowszym, głośno dyskutowanym artykule do podobnych wniosków dochodzą badacze z zespołu Thomasa Pikettyego, którzy poprzez analizę porównawczą krajów europejskich pozycjonują Polskę w roli najmniej egalitarnego państwa, ale z dobrymi rokowaniami na poprawę swojej sytuacji (nierówności zaczynają maleć po 2015 roku).

 

Inne polecane przez autora publikacje:

 

 

Już za tydzień programy (3) i (4) – analiza najciekawszych artykułów z krytycznej ekonomii feministycznej i ekonomii innowacji.